Drugie podejście (ostateczne?)

W tym miejscu zamieszczamy posty związane z egzaminami

Moderatorzy: ella, klebek

Drugie podejście (ostateczne?)

Postprzez Bajzon24 » czwartek 07 marca 2019, 19:09

Cześć.

Po pierwsze, jest to mój pierwszy temat i zarazem pierwszy post na ten forum także chciałbym się z miejsca ze wszystkimi przywitać :P


Od razu może przejdę co mi w duszy gra. (jeżeli wybrałem zły dział to przepraszam, i proszę o przeniesienie od razu na prawidłowy dział :P )

Otóż, mam 24 lata i obecnie staram się zrobić to przeklęte dla mnie prawo jazdy, jest to moje drugie podejście, pierwsze zakończyło się przerwaniem przeze mnie kursu...
Było to w 2012-stym i wtedy od razu po skończonej 18-stce rodzice wysłali mnie na prawko, z początku było fajnie, ale wraz z kolejną jazdą było coraz gorzej, nie tylko z natłoku obowiązków zarówno szkolnych, domowych jak i do tego natłok obowiązków związane z prawkiem. Czułem się z każdym wykładem po południu jak i jazdą coraz gorzej. Stres, napięty czas i nerwy, wszystko się kumulowało.
Dodatkowo mój instruktor, w wieku około 50 lat robił mi pod górkę, przesuwał godziny jazd, załatwiał prywatne sprawy, miał przede mną nie wiadomo jakie wymagania, nie lubił mnie kompletnie i co jazde wymyślał coś nowego albo celowo mi ją utrudniał.
Mimo wszystko egzamin teoretyczny zdałem wzorowo, bez błędów i za pierwszym razem, to jednak po egzaminie zachowanie instruktora przelało szale goryczy, podczas rutynowego skrętu w lewo, co mi przecież kazał zrobić i według mnie, dobrze skręcałem. Gość nagle zaczął mi wyrywać kierownice z rąk... Chamować, wysprzęglać mi samochód, w akompaniameńcie przekleństw.

Po tej jeździe powiedziałem DOŚĆ. I zrezygnowałem z dalszego kursu.
Trochę mi było szkoda, bowiem po roku przepadła mi teoria, oczywiście cała rodzina, wszyscy znajomi patrzyli po tym wszystkim na mnie jak na szczerbatego, co chwila wypominania, ,,rób te prawko!'' ,,po co je przerwałeś?''. Wiercili mi dziure w brzuchu.

Ale ja złapałem jakąś blokade do tego prawa jazdy, czasami chciałem iść znowu na kurs ale nie mogłem się przełamać, no było to barierą nie do pokonania, przerażały mnie nie tylko niemiłe wspomnienia z przeszłości, ale i cena tych wszystkich kursów. A pochodze z niezbyt zamożnej rodziny i każdy grosz się liczy. Dlatego to odwlekałem i odwlekałem.

Prawka nie miałem, ale dobrze że chociaż przestawiłem się na jednoślady, zwłaszcza gdy chyba w 13-stym roku wszedł przepis zezwalający na jazde 50-tką na sam dowód osobisty, w każdym razie mój rocznik ma na to zgodę.
Dlatego też jeździłem wszelkiego rodzaju jednośladami, i skuterami i biegówkami, najpierw 50-tkami a potem (ale o tym ciiii xd) 70-tkami i 80-tkami, troche na lewo ale trudno :P .
Jeździłem na nich do pracy, do miasta na zakupy, praktycznie ciągle czy zima, deszcz czy upał popylałem na jednośladach.

Ale jednak cały czas doskwierał mi brak prawka, z mojej wsi gdzieś iść do porządnej pracy to mus mieć prawo jazdy, a gnanie ,,motorka'' 50 kilometrów w jedną strone codziennie to totalny bezsens, i ciągle do teraz cierpiałem na ten ograniczony zasięg.

Dlatego sytuacja życiowa zmusiła mnie do powrotu na ten kurs, najpierw na własną rękę w lutym zdałem teorię, tutaj znów, po miesiącu codziennego rozwiązywania na testy360.pl udało mi się rozwalić teorie za pierwszym podejściem, wszystkie pytania miałem dobrze :P .

Teraz tydzień temu wybrałem inną szkołe jazdy niż wtedy, z innymi nie dużo starszymi instruktorami ode mnie, w innym mieście do którego moge spokojnie sobie dojechać motorem, nie jest tak daleko.
I o dziwo... pierwsze wrażenie wyśmienite, i tutaj nie wiem czy coś wyniosłem z kilku lat na jednośladach czy coś, ale przy pierwszej jeździe powiedziałem instruktorowi że chciałbym najpierw pojeździć na placu, bez wyjeżdżania na miasto.
I tak było, pojeździłem pół godziny po placu, instruktor był zadowolony i co powiedział? Że powinniśmy pojechać na miasto bo podstawy mam opanowane wzorowo :P . No i wyjechaliśmy, czułem się z nim pewnie i tak mi dobrze pierwsza jazda wyszła, a i instruktor mnie pochwalił że nie mogłem doczekać się następnej.

Na następnej jeździe to samo, na dwóch kolejnych również.
I nie wiem kompletnie co się ze mną dzieje, wtedy jak zdawałem bałem się wsiadania za kółko jak ognia, bałem się ciągle że albo mi zgaśnie, albo gdzieś się rozbije.
Teraz moge bez problemu wsiąść na całkowitym luzie i sprawnie jeździć co przyznaje mi instruktor, oczywiście mam problemy czasami ze skręceniem na tzw. ,,maksa'' czy z parkowaniem albo z ruszaniem i innymi takimi podstawami, ale generalnie i ja jestem ucieszony z tych jazd jak i sam instruktor jest zadowolony ze mnie. Twierdzi że po 15-stu godzinach (a wykupiłem 20) będę przygotowany na egzamin, a pozostałe 5 godzin będzie na szlifowanie tego, co jeszcze mi nie wychodzi. W dzisiejszej jeździe przerzucałem sobie sam biegi, w sumie od dwóch jazd już mi nie mówi jaki mam bieg zastosować, umiem się trzymać swojego pasa, wiem ile gazu dodawać żeby auto nie wyło, wiem jak przerzucać tymi kierunkami no i dzisiaj się nauczyłem jak ruszać pod wzniesienie czy jak sprawnie i płynnie ruszyć na rondo :P .
Jeździ mi się tak fajnie, i tak mi szybko czas leci na tych jazdach (jeżdżę po 1,5-2 godziny i do teraz wyjeździłem ich 6), że zawsze nie mogę się doczekać następnej. Czuje się bardzo pewny siebie i wyluzowany, a przy tym czuję pokore przed instruktorem i innymi samochodami na jezdni.
Do tego jeszcze bardzo mocno działa na mnie motywacja wystosowana w tajemnicy przed rodzicami przez wujka, otóż jeśli zdam prawo jazdy, to jedziemy kupować terenówkę :P (zawsze chciałem mieć takie auto).
Na instruktora również nie narzekam, wie jak uczyć, wie czego wymagać co źle zrobie to mi powie, doradzi, a przy tym pożartuje, wyluzuje, rozładuje napięcie czy pogada o grach :P .

No i generalnie sam się sobie dziwie, skąd ta zmiana o 180 stopni we mnie do tego prawa jazdy, skąd te pozytywne nastawienie i czemu nagle mi to wychodzi... Zarazem boje się, że ta pewność siebie i pozytywne nastawienie mnie zgubi i będę zdawać po 20 razy i nic mi z tego nie wyjdzie xD.

Czy powinienem się ogarnąć? i spróbować nieco zmniejszyć mój zapał do tego prawka żeby potem się nie spażyć?.
Czy po prostu już tak się nauczyłem jeździć na jednośladach i już tak ruch drogowy z nich ogarniam że po prostu... już coś umiem i tyle?..
Bajzon24
 
Posty: 4
Dołączył(a): czwartek 07 marca 2019, 18:36

Re: Drugie podejście (ostateczne?)

Postprzez Bajzon24 » czwartek 28 marca 2019, 15:34

Robie update.
Dzisiaj dnia 28.03.2019.

Miałem pierwszy egzamin praktyczny, podeszłem do tego na totalnym no stresie, wiedząc że mam bardzo małe szanse żeby zdać, choć po cichu jednak liczyłem że może mi się uda.
Każdy dookoła był zdania że zdam za 1-szym... No ale.
Najpierw spotkanie z egzaminatorem, było nas 4 osoby do odstrzału, w windzie którą się jechało na parking grobowa cisza, miałem być pierwszy więc na luzie udałem się z nim do auta, wsiedliśmy, ten agresywnie zajechał na plac i w miejsce startu na łuku.
Wtedy pierwsza moja ocena egzaminatora, jako robota który mówi wszystko jakby czytał jakiś cholerny regulamin, ,,czy jest dla pana wszystko jasne?'
Odpowiedziałem tak.
Bez słowa, bez przywitania, od razu na ostro przeszedł do rzeczy.
Przesiedliśmy się, ustawiłem sobie wszystko i jego pierwsza komenda.
,,Niech mi pan pokaże światła drogowe i gdzie się uzupełnia płyn do spryskiwaczy''
Spoko, pokazałem wszystko i nie było problemu.
Później wykonywanie łuku, poszło mi perfekcyjnie, potem wzniesienie, również bardzo dobrze, w ogóle mi nie zgasł.
Wyjechaliśmy na ulice, pierwsza prosta.
,,Rozpędź się do 50 km/h i zatrzymaj się przy najbliższym znaku drogowym.''
Spoko, mission passed.

Jedziemy dalej, pierwsze rondo pokonałem bez problemu, cały czas egzamin odbywał się w ciszy, ani on nic do mnie, ani ja do niego.
No i pierwszy parking po prawej stronie, zatkany całkowicie samochodami, było bardzo ciasno że trudno było wykonać jakikolwiek manewr.
Kazał mi zaparkować z prawej strony tuż za najbliższym autem.
No i zgrzyt, wcześniej nie miałem problemów z parkowaniem, ale tutaj miałem problem, nie dość że wąsko żeby się tam wstrzelić bo po lewej miałem pełno samochodów, to jeszcze zajechać ten samochód było bardzo trudno, musiałem skorzystać z opcji korekty, no jakoś udało mi się zaparkować.
Później komenda.
,,Wyjazd tyłem w lewo''
No i próbuje, powolutku cofam, nie mogłem odbić od razu kierownicy w lewo bo zarysowałbym wóz z prawej strony obok, musiałem się w tym celu wysunąć bardziej do tyłu i gdy się oglądałem wstecz i widziałem że jestem blisko już chciałem nacisnąć hamulec, ale *upa.
On był pierwszy.
,,Stworzenie bezpośredniego zagrożenia w ruchu drogowym, wynik negatywny''
No mówię trudno, pierwszy raz, tak bywa, może za drugim będzie lepiej.
Potem odjazd z nim do WORD-u, skubaniec sobie zawrócił na 3 wolnych miejscach z lewej strony...
Jechałem w sumie może z 10 minut ;D.

I teraz mam refleksje...
Wcześniej puszczałem między uszy te opowieści o potwornych egzaminatorach ale patrząc na dzisiejsze parkowanie stwierdzam co następuje.
1. Gość widział że na placu szło mi perfekcyjnie, później na tej prostej z zatrzymaniem na żądanie i na rondzie również, to specjalnie mi dał takie zadanie aby tylko mnie udupić. Tam nie było możliwe takie cofnięcie, żeby się dobrze wyrobić, no to ten celowo mnie wsadził na mine.
2. Egzaminatorzy to jednak nadęci bufony, którzy nie zasługują na niczyją sympatie, nie mam nic do niego ale swoim wizerunkiem pokazał mi ,,jedź baranie, i tak cie obleje''. Nie warto z nimi w ogóle rozmawiać, ani nawet próbować wytłumaczyć swojej porażki.
3. Mierzyłem osobiście że zdam za 3, może za 4 razem, jednak pod wpływem dzisiejszej porażki zaczynam mierzyć że zdam może za 8, a może nawet za 12 razem tak jak dzisiaj jedna osoba która też oblała, to była jej 11-sta próba..
4. Wszystkie 4-ry osoby które ze mną zdawały oblały, z tym samym gościem, i serio egzaminatorzy są uczciwi? bo mi się nie wydaje.
Pierwsza osoba po mnie, gdy udałem się do kasy oblała po 5-ciu minutach, nie wyjechała nawet z placu nie przepuścił jej na wzniesieniu.
Druga osoba zjawiła się zaraz w kasie jak tylko zapłaciłem, a musiałem czekać 15 minut bo egzaminator musiał wpisać mnie wcześniej w system , dziewczyne rodzic pocieszał, chyba to nie był jej pierwszy raz.
Jak szedłem w strone dworca PKS minęła mnie L-ka z egzaminatorem i trzecią osobą, egzaminator kierował a chłopak miał grobową minę.

Zdaje sobie sprawę że za 1-szym razem nie ma co za bardzo przeżywać, dokupiłem sobie troche godzin jazdy na których będę ćwiczyć to, co oblałem, kolejny egzamin mam we wtorek.
Jednakże uważam że serio zdam może dopiero za około 10-tym razem, patrząc na to co dzisiaj się działo mam jakieś już pojęcie jak przebiega ten egzamin, i uważam że obecnie zdobyć prawo jazdy to nie tylko umieć dobrze kręcić kierownicą czy zmieniać biegi.
Żeby zdobyć ten felerny papierek trzeba się natrudzić, wydać tyle kasy co można by za niego kupić sobie dobrego Mercedesa. A i tak najwięcej zależy od humorków gbura siedzącego przy tobie, od ruchu drogowego i w dużej mierze od szczęścia!.
To, że człowiek radzi sobie za kierownicą, wcale go nie uprawnia że zdobędzie to prawko, ten podkreślam, felerny papierek który umożliwi ci samodzielną nauke wedle siebie.

Mówię wam, nie poddam się, nie po to dałem tyle kasy żeby się wycofać, jeśli będzie trzeba to wezme nawet kredyt żeby mieć fundusze, i muszę zdać!. Choć chciałbym znać odpowiedź za którym razem :D .
A jeśli zdam 35 razy i nic z tego nie wyjdzie to cóż.. kupie sobie dobry motor.
Bajzon24
 
Posty: 4
Dołączył(a): czwartek 07 marca 2019, 18:36


Powrót do Egzamin na prawo jazdy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot] i 2 gości